Bez kategorii

Fragment powieści Sylwii Trojanowskiej „Szept wiatru”

szept-wiatru

„Staliśmy naprzeciwko siebie. Nasze ciała niemal się stykały. Słyszałam jego oddech. Maks zebrał kosmyk włosów z mojej twarzy i bardzo delikatnie pocałował mnie w skroń.

— Przyjechałem, bo dłużej bym nie wytrzymał.

— A nie dlatego, że odwoziłeś Karolinę? — palnęłam, niszcząc jednym zdaniem cudowną atmosferę, która jeszcze przed momentem wokół nas się unosiła.

Maks odsunął się o krok i nieznacznie zmrużył oczy.

— Wolałabyś, aby to był powód? — zapytał z lekką złością w głosie. — Abym wrócił tu ze względu na Karolinę?

— Nie — odparłam szybko. — Oczywiście, że nie.

— To nie mów takich rzeczy.

— Przepraszam. — Dotknęłam jego ramienia.

Maks złapał mnie za rękę i bez słowa pociągnął w stronę wyjścia. Poddałam się mu, nie pytając o zamiary.

Powiedział coś do taksówkarza, a kiedy tamten kiwnął głową, otworzył mi tylne drzwi. Weszłam do środka, a Maks usiadł koło mnie.

— Nigdy więcej nie mów w ten sposób — powiedział po chwili.

— Obiecuję… — odparłam i dotknęłam jego ręki. — Naprawdę nie chciałam.

— To był bardzo trudny dzień — powiedział. — Ostatnich kilka dni było bardzo trudnych. Chciałbym, żeby to wszystko się już jakoś wyprostowało.

— Ja też.

Maks zwrócił się w moją stronę. Tak bardzo skupionego jeszcze go chyba nigdy nie widziałam.

— Nie miałem zbyt wiele czasu na przemyślenia, ale wiem jedno — choć nie znamy się długo ani dobrze, to czuję, że to, co nas już połączyło, jest tak potężne, że może przetrwać niejeden kataklizm.

— Wiem.

— To nie jest tylko miłość, choć ona jest silna. To nie jest też tylko pożądanie, choć ono mnie rozpiera. Ja czuję do ciebie coś więcej, coś, czego dotąd nigdy nie czułem, coś, co jest ponad to wszystko.

Maks odpiął pasy i zbliżył usta do mojego ucha, po czym zaczął mówić półszeptem.

— Chcę z tobą być, chcę dzielić swoje życie z tobą… — Pogładził moje włosy, sprawiając, że zadrżałam. — Chcę cię czuć i dotykać, a przede wszystkim chcę ci dawać szczęście. — Ściągnął szal i pocałował moją szyję, sprawiając, że wszystko we mnie zawrzało. — Wariuję bez ciebie.

Poruszyłam się, chcąc złapać jego spojrzenie. Nasze oczy były rozpalone. Pragnęłam, by zanurzył się w moich ustach, ale on miał inny plan. Pocałował swoje dwa palce, po czym przyłożył je do moich warg.

— Mamy czas — powiedział enigmatycznie. — Dużo czasu…

Nie miałam pojęcia, dlaczego się wycofał. Nie zrobiłam nic, co by go zniechęciło. Chciałam przecież, żeby mnie pocałował. Tylko tyle, a może aż tyle? Miałam gdzieś, że z przodu jechał jakiś starszy gość, na dodatek zupełnie niezwracający na nas uwagi. Mogło tam siedzieć i dziesięciu obcych mi facetów! Dla mnie liczył się Maks! Tylko on.

Wyjrzałam przez okno i wtedy do mnie dotarło, co planował.

— Nie wiem, czy jestem na to gotowa.

— Nie bój się.

Głęboko westchnęłam i wysiadłam z samochodu. Maks po chwili do mnie dołączył i mocno złapał mnie za rękę. Taksówkarz zgasił silnik i zapalił papierosa.

— Ale masz zimne ręce! Zaraz się rozgrzejesz.

— Nie wiem, czy na moje ręce cokolwiek pomoże.

— Znajdę jakiś sposób…

Stanęłam. Czułam, że nie dam rady zrobić ani kroku więcej.

— Nie… Jeszcze nie mogę…

Maks złapał moją twarz w obie dłonie. Były gorące i otulały mnie niczym gruby wełniany szal.

— Kocham cię. Zaufaj mi.

Wzięłam głęboki wdech, a potem bardzo powoli wypuściłam powietrze. Słyszałam swoje serce. Waliło jak oszalałe…”.

 

Kolejny fragment jutro na https://www.instagram.com/volusequat.reads/

Zapowiedź książki „Siedem spódnic Alicji”

siedem

 

Z przyjemnością informuję, iż Książki w eterze objęły patronatem medialnym najnowszą książkę Joanny Jurgały-Jureczki pt. „Siedem spódnic Alicji”.

 

Opis wydawcy: Wśród urokliwych krajobrazów portugalskiego miasteczka Nazaré, chorwackiego Molunatu i polskich Stawisk Alicja będzie musiała odpowiedzieć sobie na pytanie, kim dla niej jest dumny i wyniosły hrabia Adam Franciszek Przebłocki, a kim może stać się Dawid Zan. Młody celebryta zmuszony jest spędzić parę dni na prowincji. Zanim jednak zamelduje się w hotelu „U Hrabiny”, drogę zajedzie mu traktorek hand made prowadzony przez Czesia Rychłego, którego nazwisko stoi w sprzeczności z jego temperamentem. Czy to będzie to zły, czy dobry znak? Kim okaże się zadziorna i niepokorna dziewczyna, którą uważał za pomocnicę ogrodnika? Jakie wartości odnaleźć można na prowincji, gdzie teraźniejszość przeplata się z przeszłością, a sytuacje opisane z przymrużeniem oka prowokują do pytań o rzeczy ważne i najważniejsze?

 

Książka ukaże się 16 stycznia 2017 nakładem Wydawnictwa Zysk i S-ka

 

Fragment powieści Joanny Jax „Zemsta i przebaczenie. Narodziny gniewu”

narodziny-gniewu

„Hanka Lewin szła w kierunku Alei Jerozolimskich, gdzie zaadaptowano jeden z lokali na elegancki klub dla oficerów niemieckich. Miała zjawić się dwie godziny przed występem, żeby zaprezentować kierownikowi swój repertuar i zyskać jego akceptację.

 

Na mieście Żydzi już nosili opaski z gwiazdą Dawida, naznaczeni jak bydło, aby każdy, kto ich mijał, wiedział, kim są. Hanka nie miała takich uprzedzeń, jak większość Polaków, zapewne dlatego, że w młodości zapałała uczuciem do jednego z nich. Poza tym, gdy była dzieckiem i bawiła się z innymi w chełmickich lasach, takie sprawy nie miały żadnego znaczenia, oprócz tego, że żadne z jej żydowskich przyjaciół nie dotknęło chleba ze słoniną.

 

Dochodziła właśnie do Krakowskiego Przedmieścia, gdy zobaczyła patrol niemieckich żołnierzy, kopiących pod ścianą jednego z budynków skulonego człowieka. Zasłaniał twarz rękoma, by ciężkie oficerskie buty nie zrobiły z niej krwawej miazgi. Hanka nie myślała, że się naraża, zareagowała niemal automatycznie.

 

– Na miłość boską, co wy robicie? Zostawcie go! – Niemal popchnęła jednego z żołnierzy.

Odwrócił się i uderzył ją w twarz.

– Eine Fickschlampe! – warknął.

– Zostawcie go! – krzyknęła raz jeszcze i tym razem otrzymała cios kolbą karabinu.

 

Zatoczyła się na ścianę, a z jej nosa trysnęła krew. Wyciągnęła chusteczkę, przyłożyła do nosa i kucnęła pod murem, oszołomiona. Patrol zostawił w spokoju poturbowanego nieszczęśnika i oddalił się, rzucając przekleństwa. Lewinówna po chwili odwróciła się w stronę człowieka, który leżał skulony i cicho jęczał.

 

– Proszę pana, proszę pana – powiedziała cicho. – Może pan wstać? Może wezwę pomoc?

Mężczyzna wciąż zasłaniał ręką twarz. Na rękawie marynarki spostrzegła opaskę z gwiazdą Dawida.

– Niech pani odejdzie – wystękał.

– Potrzebuje pan pomocy. Proszę spróbować wstać, nie może pan tak leżeć na ulicy.

Mężczyzna odsunął rękę z twarzy i dopiero wtedy go poznała. Jakub Mosel zmienił się od czasu, gdy go widziała ostatni raz. Jego brodę pokrywał ciemny, gęsty zarost, a z nosa i warg sączyła się krew.

– Jakub… – powiedziała z grozą. – Boże, to ty. Błagam, wstań, bo zaraz przyjdą następni i znowu coś ci zrobią.

Z trudem podniósł się, opierając się o ramię Hanki.

– Gdzie mieszkasz? Zaprowadzę cię.

– Hania Lewin… – Uśmiechnął się. – Nigdzie nie mieszkam. Moja stancja już jest spalona, nie mogę tam wrócić.

– W coś ty się wpakował? To dlatego cię pobili?

– Nie… Pobili mnie, bo noszę opaskę, a oni chcieli się zabawić… Ale do siebie wrócić nie mogę, bo gospodyni stwierdziła, że nie będzie się narażać i wynajmować Żydowi pokoju.

– Pójdziesz do mnie, a jak wydobrzejesz, poszukamy czegoś.

Z uwieszonym na ramieniu Jakubem ruszyła w stronę domu. Jej występy w niemieckim lokalu musiały poczekać.

 

Gdy dotarli do mieszkania, Alicji już nie było. Jakub położył się na łóżku, a Hanka przyniosła mokre ręczniki i bandaże, żeby go opatrzyć. Minęło tyle czasu, odkąd się widzieli. Przypomniała sobie, jak bardzo za nim szalała. Teraz jednak jej uczucie było jedynie współczuciem dla rannego i nostalgią za pierwszym zakochaniem. Mimo że Alicja irytowała ją niekiedy swoim zaślepieniem i beznadziejną miłością do Juliana Chełmickiego, zazdrościła jej. Czasami wydawało jej się, że gdy spotka swoją dawną, młodzieńczą miłość, jej serce najpierw drgnie, a potem oszaleje z miłości. Tymczasem miała przed sobą Jakuba Mosela, dotykała jego ciała, opatrywała rany, był przy niej na wyciągnięcie ręki i w sposób, w jaki nigdy nie był, a nie czuła nic. Gorące łzy zaczęły płynąć po jej policzkach. Nie z żalu, że ciało Jakuba pokryte było siniakami, a twarz ranami, ani nie dlatego, że jej nie chciał. Płakała z żalu, że nie umie już kochać, zaś ostatnia nadzieja, że jej miłość odrodzi się na nowo, gdy ujrzy Jakuba, właśnie zgasła.

 

– Daj spokój, Haniu, wyjdę z tego za dwa dni i będę jak nowo narodzony. Tylko połamali mi żebro, cholera jasna. – Jakub uśmiechnął się z pewnym trudem.

Hanka milczała, bo przecież gdyby powiedziała mu o swoich rozterkach, pomyślałby, że zwariowała.

– Nie sądzę, przyjacielu. – Uśmiechnęła się nieco sztucznie i dodała: – Ale w końcu to ty jesteś lekarzem.

– Nie jestem, bo rzuciłem studia, jak tylko Żydzi zostali wykreśleni z zawodów, jakie mogą wykonywać w Polsce. Między innymi lekarzy. To było w tysiąc dziewięćset trzydziestym siódmym roku. Możesz w to uwierzyć? – Wydął usta w grymasie.

– Nie wiedziałam… Szkoda, że je rzuciłeś, po prostu zostałbyś żydowskim lekarzem – westchnęła.

– To nie jest żadna łaska, jestem zdolny i pracowity. Zbuntowałem się, bo zirytowało mnie, gdy Polacy postanowili, że Żyd nie może być ich lekarzem. Ale przyjdzie taki dzień, że ani rasa, ani wyznanie, ani nawet status społeczny nie będzie miał znaczenia. Każdy będzie mógł być tym, kim chce, jeśli jest zdolny i pracowity – wygłosił tyradę Mosel.

– Pójdę zrobić herbatę – zmieniła temat Hanka i wyszła do kuchni.

„Następny cholerny komunista” – pomyślała, nalewając esencję z czajniczka.

Jakub Mosel pił herbatę, co i rusz wykrzywiając z bólu twarz. Ten sam grymas pojawiał się, gdy chciał zmienić pozycję albo przekręcić się na drugi bok.

– Cholera! – warknął. – Muszę wstać, a nawet usiąść nie mogę.

– Posłuchaj, Jakub, naprawdę możesz tutaj zostać i nie musisz nigdzie iść – powiedziała łagodnie Hanka. Sądziła, że jego chęć szybkiego opuszczenia mieszkania spowodowana jest wyrzutami sumienia, że sprawia jej kłopot swoją obecnością.

– Nie o to chodzi… Muszę się z kimś spotkać. Nie mogę ci powiedzieć z kim i po co, ale mam odebrać ważne dokumenty od niego. Jeśli nie przyjdę, wszystko szlag trafi. – Mosel był coraz bardziej zły.

– Mogę pójść za ciebie… – zaproponowała niepewnie.

– Ty też oberwałaś – burknął.

– Ale nie wyglądam, jakbym wpadła pod tramwaj, prawda? Załatwię ci tę sprawę i nie ma o czym mówić – powiedziała stanowczo.

– To naprawdę miłe z twojej strony, ale obawiam się, że ten ktoś nie zechce ci ich dać. Pomyśli, że jesteś wtyczką.

– Jeśli tak będzie, przyprowadzę go tutaj. W porządku? Oczywiście, jeśli nie zechce, nie będę w stanie go do tego zmusić, ale przecież mogę spróbować.

– Na Brackiej jest taki mały antykwariat. Prowadzi go Leon Bralczyk. Wejdziesz i zapytasz o Cierpienia młodego Wertera Goethego. On wskaże ci miejsce, gdzie spotkasz mojego człowieka. – Jakub doszedł do wniosku, że nie ma sensu dłużej protestować.

 

Hanka nie zastanawiała się zbyt długo. Opuściła mieszkanie i szła w kierunku Brackiej, czując wciąż na twarzy uderzenie kolby. Wiedziała, że jutro pojawi się ogromny siniak i będzie musiała to jakoś wytłumaczyć kierownikowi lokalu. Postanowiła, że najpierw się z nim spotka, przesunie występy, a przy okazji uprzedzi Alicję o gościu w ich domu. Skierowała swoje kroki w stronę Café Club. Był to przestronny, elegancki lokal, który przed wybuchem wojny często odwiedzała ze swoim mężem, Tomaszem. Stanęła przed kamienicą, zadarła głowę, jakby nie dowierzając, że teraz to miejsce będzie należało do Niemców, po czym popchnęła ciężkie szklane drzwi i weszła do środka. Zapytała portiera o kierownika i chwilę potem zaprowadzono ją do niewielkiej salki, gdzie siedziały jakieś kobiety, a wśród nich kręcił się łysiejący około pięćdziesięcioletni mężczyzna. Był to Adolf Krüger, Niemiec od lat mieszkający w Polsce.

 

– Pani kto jest? – zapytał po polsku z twardym akcentem.

– Hanna Lewin – powiedziała niepewnie, nieco przestraszona ostrym tonem kierownika.

– Spóźniłaś się – warknął. – Myślisz, że wielka gwiazda jesteś i możesz się spóźniać? Tu nie jesteś wielka gwiazda. Jesteś zwykły pracownik i ty nie będziesz się spóźniać, a jak ci się nie podoba, to weg von hier.

 

Już od bardzo dawna Lewinówna nie została potraktowana w taki sposób. Odkąd znalazła się na pierwszych stronach gazet, nikt nie ośmieliłby się odezwać do niej tak obcesowo. Zaczęło do niej docierać, że jednak coś się zmieniło i nowych gospodarzy nie interesuje ani jej sławne nazwisko, ani doskonały głos. Stała jak wryta i zaczęła się zastanawiać, czy bez słowa opuścić lokal, czy jednak pozostać i spróbować przystosować się do nowej rzeczywistości. Pomyślała, że ten klub nie będzie wyjątkiem i wszędzie będzie tylko polskim śmieciem na usługach okupanta.

 

– Pobito mnie! I zrobili to niemieccy żołnierze! – krzyknęła ze złością. – Dlatego się spóźniłam. Jutro moja twarz będzie miała jagodowy kolor, więc raczej w najbliższym czasie nie wystąpię.

– To możesz wcale nie przychodzić. Wielka dama, soein Mist! – Kierownik także zaczął krzyczeć.

– Co tu się dzieje? Co to za krzyki, panie Krüger? Goście na sali, a pan awantury robi. – W drzwiach stanął oficer SS.

– Przepraszam najmocniej, Obersturmbannführer Gross, zdenerwowałem się. Ta pieśniarka się spóźniła i jeszcze twierdzi, że została zaatakowana przez nasze patrole. Polskie ścierwo! – zaczął tłumaczyć się Krüger.

Gross rozsiadł się na krześle i powiedział stanowczo:

– Chcę posłuchać, jak śpiewa…

– Tak jest, tak jest, Obersturmbannführer. Pani Lewin, proszę tu podejść, tu jest mikrofon, proszę zaśpiewać… – Krüger zmienił ton, bo nie wiedział, jak zareaguje Gross na jego obcesowy sposób wyrażania się.

 

Hanka podeszła do mikrofonu i w pierwszej chwili, pod wpływem złości, chciała zaśpiewać polski hymn, ale zrezygnowała, dochodząc do wniosku, że nie chciałaby kolejny raz poczuć na twarzy kolby karabinu. Wybrała Ich bin von Kopf bis Fuß auf Liebe eingestellt Marleny Dietrich. Krüger stał osłupiały i kątem oka obserwował reakcję Grossa. Ten z przymkniętymi powiekami słuchał Hanki, jakby delektował się jej głosem i być może wspominał jakieś piękne chwile, które kojarzyły mu się z tym utworem. Gdy skończyła, na sali zrobiło się cicho, a wszystkie oczy zwrócone były w stronę Grossa. On nagle jakby ocknął się z odrętwienia i zaczął klaskać. Wstał z krzesła i podszedł do Hanki. Ucałował szarmancko jej dłoń i zwrócił się do dyrektora lokalu:

 

– Panie Krüger, nie rozpoznałbyś pan prawdziwego talentu, nawet gdyby pana kopnął w dupę. Pani Lewin zostanie. Jeśli potrzebuje kilku dni na rekonwalescencję, otrzyma je. Czy chce pan otrzymać to na piśmie? Swoją drogą należałoby ukarać tych prostackich żołnierzy, którzy ośmielili się podnieść rękę na panią Lewin – mruknął Gross.

– Dziękuję panu – powiedziała cicho Hanka i wyszła z lokalu.

Czuła satysfakcję, że znalazł się ktoś, kto sprowadził na ziemię tego obrzydliwego Krügera. Gross był wysoko postawionym oficerem i miała nadzieję, że wystarczająco mocno wystraszył dyrektora, aby ten nigdy więcej nie próbował jej szykanować.

 

Gdy Hanka opuściła Café Club, Alicja zaczęła badawczo przyglądać się Grossowi. Nie był takim prostakiem jak inni. Poza tym emanował pewnością siebie i nawet jeśli był znienawidzonym Niemcem, Alicja doszła do wniosku, że jest bardzo przystojny. Gdyby tylko mogła go uwieść, z pewnością byłby w stanie ułatwić jej wyjazd za granicę. Obawiała się jednak, że on właśnie został porażony zarówno niesamowitym śpiewem Hanki, jak i jej wyglądem. Przez chwilę zastanawiała się, czy jej przyjaciółka pomogłaby jej, ale te rozważania zostawiła sobie na później, gdy obie dotrą do domu.

 

Hanka Lewinówna szła w kierunku Brackiej i zaczęło do niej docierać, że sytuacja jest dramatyczna. Najpierw pobicie jej i Jakuba, a teraz jakiś cham traktujący ją jak szmatę. Przecież nie zawsze będzie miała tyle szczęścia, żeby trafić na kogoś, kto będzie mógł stanąć w jej obronie. Ona, jeszcze niedawno podziwiana i szanowana, teraz przekonała się, jak sytuacja nagle może ulec zmianie. Dzisiaj była w Warszawie nikim, musiała się cieszyć, że w ogóle znalazła miejsce, gdzie mogła śpiewać, i to w dodatku tylko wybrany przez obecne władze repertuar. Zastanawiała się, jak można najechać czyjś kraj i obdzierać ludzi z godności. W ich własnym domu. Kto dał prawo innym, żeby panoszyć się w państwie, które do nich nie należy? Jak można niszczyć domy, mordować ludzi, grabić cudzą własność? Co siedzi w głowach takich osób, które wydają rozkazy i planują takie rzeczy? Wojna… tragedie milionów ludzi, niszczenie niczym żywioł wszystkiego, co stoi na drodze. Co musi siedzieć w tych chorych umysłach, że decydują o życiu i śmierci?”…

 

Kolejny fragment powieści „Zemsta i przebaczenie. Narodziny gniewu” już jutro na blogu Nie teraz, właśnie czytam

J. Daniels „Słodkie więzy” Pascal

 

slodkie_wiezy_mont1

Rekomendacja okładkowa

 

Eksplozja namiętności.

 

Czy można być uzależnionym od uczucia? Jak bardzo można kochać? Jak wiele kosztują chwile spędzone bez ukochanej osoby? Więzy namiętności mogą czarować słodyczą, a wyzwolenie się z misternych splotów nie jest możliwe. A zresztą, kto chciałby wyzwalać się z tak cudownej niewoli?

 

Dylan i Reese pokochali się od pierwszego spojrzenia. Nikt i nic nie było w stanie zatrzymać tego uczucia. Idealnie pasujące do siebie połówki to krok do eksplozji namiętności. Trwa ostatnie odliczanie do ślubu tej pary. Gorączka przygotowań może uśpić czujność. Czy na pewno już nic nie stanie na drodze do szczęścia tej pary?

 

Namiętność, bliskość, niemożność życia bez siebie i marzenie o wspólnej, utkanej radością drodze. Bezkresna miłość, która nie zna żadnych granic. Zaufanie, zazdrość i przeświadczenie o jedynym dobrym wyborze. Optymizm i energia, wręcz kipią od bohaterów. Wspierający przyjaciele i rodziny czekające na piękny dzień ślubu oraz dwoje zakochanych, od których trudno oderwać oczy. Czy można oprzeć się takiej mieszance wrażeń? Nienasycenie i oczekiwanie na więcej to siła nośna tej powieści. Czego chcieć więcej? Ślub jak z bajki i studnia spełnionych marzeń, która zdaje się nie mieć dna. Piękne uczucie w doskonałej ze szczyptą namiętności, która stanowi clou tej optymistycznej powieści.

 

Zobacz też „Słodkie opętanie”

 

Oprawa: miękka
Liczba stron: 304
ISBN: 978-83-7642-821-5
Premiera: 9 listopada 2016

Podziękowania dla Pascal

Marie Kondo „Tokimeki” Muza

tokimeki-magia-sprzatania-w-praktyce

Encyklopedia sprzątania.

 

Uwrażliwienie na radość w domu? Czy istnieje coś takiego? Poznając metodę KonMari przekonacie się, że tak. Bo radość to tokimeki, a magia sprzątania w dużej mierze oparta jest na sortowaniu przedmiotów według stopnia czerpania z nich radości.

 

Sprzątanie jest proste. Można nieopatrznie wysnuć taki wniosek z codzienności. Zastanawiając się nieco głębiej dojdziemy do wniosku, że na co dzień sprzątamy pobieżnie, a nagromadzone w domu przedmioty często zalegają w nim zupełnie bezsensownie i w efekcie przytłaczają. Warto zakasać rękawy i zacząć od porządkowania przestrzeni wokół siebie, by finalnie z radością odkryć, że życie nabiera zupełnie innego wymiaru, gdy nie jesteśmy w nim zasypani niepotrzebnymi przedmiotami. Czas zmierzyć się z samym sobą i rozpocząć maraton radosnego sprzątania. Ten poradnik pomoże w trudnym procesie porządkowania chaosu i nauczy kilku przydatnych trików, które niewątpliwie przydadzą się w codziennym życiu.

 

Wyeliminowanie wszystkiego, co może zaburzać radość, to prosta droga do stworzenia w domu przestrzeni pełnej elegancji i stylu. Pamiętajcie, porządkowanie jest zaraźliwe, więc łatwo puścić łańcuszek pozytywnej energii w dalszy obieg. I coś tak czuję, że uporządkowanie domu może być pierwszym krokiem do nowej jakości życia. Gorąco polecam.

 

Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 224
ISBN: 978-83-287-0463-3
Premiera: październik 2016

Podziękowania dla Wydawnictwa Muza

« Starsze wpisy