Wywiady

Zaczęło się od trzęsienia ziemi – wywiad z Małgorzatą Klunder

MK_Dnz3

Już niebawem w Wydawnictwie Replika ukaże się wznowienie sagi „Niziołkowie z ulicy Pamiątkowej”. Nowa szata graficzna i te same piękne wartości. To historia rodziny, w której każdy może odnaleźć cząstkę swojej własnej przeszłości, wspomnienia z wychowywania dzieci i wydarzenia z życia codziennego. Ciekawa, mądra, ciepła i ozdobiona poczuciem humoru opowieść, w której wartości takie jak przyjaźń, miłość, rodzina, lojalność, godność, miłosierdzie, wiara – jeszcze coś znaczą. Zapraszam do lektury wywiadu z Autorką, Małgorzatą Klunder.

 

„Zaczęło się od trzęsienia ziemi…”.

 

Czy saga cieszy się zainteresowaniem ze strony czytelników?

 

Cóż, mam nadzieję, że tak. Spotykam się z cudownymi, rozczulającymi wręcz reakcjami czytelników na wiadomość, że będzie piąta część cyklu, a całość zostanie wznowiona. Piszą do mnie obcy ludzie na Facebooku, dzieląc się swoimi przemyśleniami, a także – tak myślę – radością czytania, satysfakcją ze spotkania z sympatycznymi bohaterami, których można pokochać. Proszę pozwolić, że zacytuję: „To jak odwiedziny u przyjaciół, kiedy słuchamy nowinek, anegdot i historii z życia i nie chce nam się odjeżdżać”. „Z Niziołkami było trochę tak jak u Hitchcocka, zaczęło się od trzęsienia ziemi, ale to była tylko przygrywka, bo z każdą kolejną stroną było lepiej”.

 

A pewien ksiądz napisał, że powinna być to lektura obowiązkowa w każdym seminarium. Ja bym się nie ośmieliła, ale skoro sam ksiądz…

Robert_i_Roza-504x712


Jak pisze się o pozytywnych wartościach w tak lekki i humorystyczny sposób?

 

Bardzo przyjemnie. Joanna Chmielewska kiedyś powiedziała, że ona oczywiście umiałaby napisać rozdzierająco smutną powieść obyczajową, ale po co? – dodała rozsądnie. No właśnie, po co, żeby dołować siebie i czytelnika? To ja tak samo. Przyznam się, że kiedy pisząc piątą część cyklu Dokąd nas zaprowadzisz uderzałam momentami w poważniejsze nuty, za każdym razem potężnie to odchorowałam, fizycznie i psychicznie.

 

Chociaż z drugiej strony pisanie o dobru w sposób atrakcyjny jest chyba trudniejsze, niż pisanie o czarnych stronach ludzkiej duszy. Bo zło jest atrakcyjne (albo tak się ludziom wydaje), że przywołam choćby Kler Smarzowskiego. A jak sprawić, żeby czytelnik pokochał księdza, który nie łajdaczy się, przestrzega ślubów i na dodatek otwartym tekstem mówi, że jest szczęśliwy w kapłaństwie? Spróbowałam właśnie poprzez żart, humor, uśmiech. Dlaczego wszyscy tak lubią świętego Franciszka? Bo był pogodny i radosny. A dlaczego Savonarola zaginął w niepamięci, chociaż przecież był uczciwy i bardzo pryncypialnie wytknął papieżowi Borgii jego wszeteczeństwa? Bo w swojej pryncypialności był ponury i nie umiał się uśmiechnąć, jak Jorge z Imienia róży, więc ludzie mieli go w pewnym momencie dosyć.

Droga_do_Achtoty_Tom_2-504x712

 

Czy pozytywny wizerunek bohaterów, ich wiara, przekonania i system wartości są na miarę naszych czasów?

 

Najmocniej przepraszam, ale czy w tym pytaniu zawarte jest a priori, że powinniśmy zrezygnować z wartości, bo świat tego oczekuje? To ja odpowiem zupełnie niekościelnym tekstem, a mianowicie zacytuję piosenkę Leszka Wójtowicza Ważne dwa słowa:

 

Nie, choćby piekło, szatani
Nie, choćby walił się dach
Nie, choćby pękały ściany
Nie, choćby wszyscy na tak

 

I potem:

 

Tak, choćby piekło, szatani
Tak, choćby dach walił się
Tak, choćby pękały ściany
Tak, choćby wszyscy na nie

 

A jeżeli tego za mało, to raz jeszcze zacytuję słowa czytelniczki Niziołków:

 

„Pokazuje, jak bardzo atrakcyjna może być wiara w dzisiejszych czasach. Jak bardzo pomaga nam żyć. Jak pomaga poukładać nam wiele spraw. Pozwala, aby nasze zagmatwane czasami życie mogło znowu wyjść na prostą. Pokazuje, że każdy ma szansę. Pokazuje, że na Dobro nigdy nie jest za późno. Sumienie człowieka potrafi powywracać  na wszystkie strony. Przewietrzyć, wyprać i wysuszyć , aby na koniec, na to biedne, sfatygowane sumienie położyć plaster miłości i dobra . Nie zostawia czytelnika samego. Daje mu konkretne wskazówki. Niczego nie narzuca. Do niczego nie zmusza. Pokazuje drogę. Daje alternatywę wyboru.”


Jakie pytania słyszy Pani najczęściej podczas spotkań autorskich?

 

Czy naprawdę mam syna księdza. I widzę zawód w oczach, kiedy wyjaśniam, że nie, że to fikcja literacka. Wtedy rozpoczynam opowieść o dwóch klerykach z Krakowa, których spotkałam na pogrzebie Jana Góry i tak się zaczęła nasza znajomość i przyjaźń. Jeden z nich jest już kapłanem, drugi diakonem, tacy moi synowie duchowi.

 

Często pada oczywiste dość pytanie, skąd biorę pomysły do książek. Wtedy z kolei spotykam się z niedowierzaniem, kiedy opowiadam, że moi bohaterowie sami do mnie przychodzą, a ja tylko mogę spisywać ich dzieje, oni zaś robią to, co chcą, czasami wbrew moim inklinacjom. Przykład najświeższy: w ostatnim tomie księdzu Niziołkowi zadano trudne pytanie duszpasterskie. Ja to miałam zaplanowane zupełnie inaczej. A ten łobuz pojechał tak, że teraz będę musiała za niego świecić oczami na lewo i na prawo, przed „Deonem” i „PCh24”…

 

Raz ktoś zapytał, czy naprawdę moi bohaterowie zachowują celibat. Z całą powagą przedstawiłam świadka obiektywnego: kota Gingera, który swoim znakomitym kocim węchem wyczuł, że księża Wieczorek i Niziołek pachną jakoś inaczej, niż Mężczyzna Małej Kobiety, czyli David. Ja mogłabym oszukiwać dla dobra literatury, ale przecież nie kot.

 

No i oczywiście, regularnie jestem pytana, czy będą następne części. Będą!

 

Serdecznie dziękuję za rozmowę!

 

Dziękuję i pozdrawiam Czytelników!

 

Wywiad z Małgorzatą Klunder 2015

 

Jestem osobą konkretną… Rozmowa z Izabellą Frączyk

28167789_1695695370496033_7881549472518564251_n

„Jestem osobą konkretną…”

 

W związku ze wznowieniem książki „Kobiety z odzysku”, w Wydawnictwie Prószyński i S-ka, zapraszam do lektury wywiadu z Izabellą Frączyk.

 

Ostatnio rozmawiałyśmy we wrześniu 2015 roku. Co od tego czasu zmieniło się w Pani życiu zawodowym?

 

Poważnie? To było aż tak dawno? Myślałam, że maksymalnie półtora roku temu :) W moim życiu niewiele się zmieniło poza tym, że dzieci urosły, przybyło mi trochę nowych zmarszczek, kilka nowych tytułów pojawiło się na półce, przejechałam mnóstwo kilometrów i trochę okrzepłam w tej mojej robocie.

 

Pisanie jest dla Pani sposobem na życie, pasją czy odskocznią od codzienności?

 

Cóż, chcąc w miarę regularnie pisać książki, prędzej czy później trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie, w jaki sposób traktujemy całe to nasze pisanie. Czy jest to jedynie hobby uprawiane w chwilach wolnych od zawodowych zobowiązań, czy też pisanie w pewnym momencie stanie się zawodem uprawianym na poważnie. W moim wypadku mamy już do czynienia z tą drugą opcją. Chcąc pisać regularnie, już nie można się rozdrabniać. Dwie premiery rocznie to nie są przelewki. Do tego żaden normalny pracodawca, nie przymknąłby oczu na moje rozliczne wyjazdy. Zatem nie mam już wyjścia.

 

Pisze Pani o kobietach i raczej dla kobiet. Trzeba przyznać, że to wymagająca grupa odbiorców…

 

Ależ ja wcale nie piszę dla kobiet :) Mam całkiem spore, wierne grono fanów wśród mężczyzn. Już dawno temu utarło się przekonanie, że jeśli książkę napisze kobieta, w dodatku o kobietach, i jeszcze na okładce znajdzie się kobieta, to na bank mamy romans. Nic bardziej błędnego. Tak naprawdę  w naszej branży  mało kto pisze romanse. Obyczajówki z ukłonem w stronę komedii- to moja bajka. A czytelnicy wysoko stawiają poprzeczkę, zatem trzeba się starać, żeby sprostać oczekiwaniom.42494621_2028816440514989_3831709765516394496_n

 

Proza obyczajowa nieodmiennie cieszy się popularnością, zwłaszcza wśród czytelniczek. Jak Pani sądzi, skąd się to bierze? Dlaczego kobiety częściej sięgają po tego typu książki?

 

Istotnie, kobiety czytają dużo więcej niż mężczyźni. Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia z czego to wynika. Może z większej wrażliwości? Może z nieco bardziej skomplikowanej sfery psychologicznej. Naprawę nie wiem…

 

Książki spod Pani pióra są dynamiczne i ze sporą dawką humoru. Gdy sięgam po kolejny tytuł wiem, że spędzę miłe chwile. Znak rozpoznawczy autorki?

 

Wygląda na to, że chyba już tak… Na początku mojej przygody z pisarstwem nawet nie marzyłam, że uda mi się wypracować własny rozpoznawalny styl. Tymczasem coraz częściej słyszę, że moją twórczość ma już własną markę. Że się wyróżnia. Niedawno przeczytałam w recenzji, żeHumor to jakby ślad linii papilarnych autorki w jej powieściach – jedyny, niepowtarzalny. To jak pieczęć lakowa na dawnym dokumencie – nie do podrobienia.”. To była dla mnie ogromna radość. Może faktycznie coś już jest na rzeczy.

 

W wydawnictwie Prószyński i S-ka właśnie ukazała się książka „Kobiety z odzysku”, a właściwie pierwszy tom tej powieści. Ten tytuł już znamy z Pani twórczości. To wznowienie z rozszerzeniem treści?kobiety.z.odzysku

 

„Kobiety z odzysku” to druga powieść w mojej karierze. Wydałam ją sama, dawno temu i  za własne pieniądze. W słabym wydawnictwie. To były koszmarne chwile, okupione ogromnym stresem. Na szczęście książka sprzedała się fantastycznie, ale mimo kilku dodruków, po wyczerpaniu nakładu, postanowiłam zaproponować ponowne wydanie u mojego obecnego wydawcy.  Szczególnie że niedawno napisałam kontynuację losów moich trzech bohaterek „Kobiety z odzysku- TRUDNE WYBORY”, która ukaże się w maju. Będzie to druga część przygód Zuzki, Felicji i Gośki. Stare „Kobiety z odzysku” w nowej odsłonie otrzymały profesjonalną korektę  oraz nową okładkę, ale to w dalszym ciągu ta sama książka. Osobiście uważam, że dopisywanie na siłę nowych scen, czy rozdziałów to wyłącznie sztuczny marketingowy wybieg. Ja jestem osobą konkretną, wolałam napisać cały tom drugi 😀

 

Jak to jest z tym pisarstwem? Im więcej książek na koncie, tym większa energia do pisania i więcej kolejnych pomysłów? A może przychodzą też chwile, kiedy kompletnie brak inspiracji do dalszego pisania?

 

Na szczęście nie wiem, co oznacza brak weny. Oczywiście zdarzają się chwile, kiedy bezmyślnie gapię się na migający kursor i słowa nie płyną, ale to zwykle chwilowy „korek” twórczy. Nawet po wydaniu wielu książek, pisanie sprawia mi mnóstwo radości. Poza tym, uważam że dorobek zobowiązuje. Im więcej książek na koncie, tym bardziej staram się, by nie obniżyć lotów, by nie sprawić czytelnikom zawodu.

 

Jakie są Pani ulubione formy spędzania wolnego czasu?40252612_1995330793863554_6188141356263669760_n

 

To nie tajemnica. Mam dwie  wielkie pasje. Motoryzację oraz gotowanie. Współtworzę także bloga Świeżo Napisane, gdzie poza przepisami publikujemy z przyjaciółką także zabawne felietony. Oczywiście poza sterczeniem w kuchni i tłuczeniu się quadem po błocie,  sporo czasu poświęcam remontowi czterdziestoletniej corvetty. To latem. Za to zimą mogłabym zamieszkać na wyciągu. Kocham narty i snowboard.

 

Spotkania autorskie to ważna część życia pisarza. Bezpośredni kontakt z czytelnikami z pewnością daje obraz tego, jak odbierana jest Pani twórczość. Można z nich wyciągnąć wnioski i czegoś się nauczyć?32737085_2466753433350473_5779800192454754304_n

 

Często jeżdżę na spotkania z czytelnikami. Czasem w miejsca, które ciężko znaleźć na mapie. Wszędzie jest naprawdę świetnie. Czytelnicy każdorazowo dosłownie zasypują mnie pytaniami. To, poza pisaniem, drugi najfajniejszy aspekt mojej pracy. A wnioski? Każdy wyciąga własne, nieraz bywam zdziwiona, jakież to mądrości uważny czytelnik potrafi wyłuskać z moich historii. Jako że jestem jak najdalsza od moralizowania, prawienia kazań i mówienia komuś jak ma żyć. Jeżeli faktycznie w moich książkach da się znaleźć wartościowy przekaz, bardzo jest mi z tego powodu miło.

 

A teraz o czym Pani pisze? Jakie plany wydawnicze?

 

O czym piszę? Prawdę mówiąc, to jeszcze nie wiem. Mam dopiero 30 stron i nawet bladego pojęcia, co to będzie :) Jak napiszę to się dowiem, ponieważ jak zwykle nie mam planu ani nawet mglistego pomysłu na fabułę. Na razie jestem na etapie, kiedy poznaję moich bohaterów, a już co wymyślą… to jeszcze nie wiem. Natomiast w temacie planów wydawniczych mam więcej konkretów. Jak już wcześniej wspomniałam, w maju ukaże się kontynuacja „Kobiet z odzysku”. W 2019 planujemy również kilka wznowień.  Jesienią natomiast ujrzy światło dzienne moja kolejna powieść o roboczym tytule „Spełniony sen”. Zapewne niektórzy moi czytelnicy pamiętają, jak na potrzeby tej historii zatrudniłam się na stacji benzynowej, aby lepiej poznać branżę. Część znajomych myślała, że naprawdę zmieniłam pracę :) No i tak oto moja kolejna bohaterka, Beata wylądowała w takim miejscu. A dzieje się tam, oj dzieje…

 

Serdecznie dziękuję za rozmowę.

 

Dziękuję i pozdrawiam!

Wywiad z Adamem Węgłowskim

adam w

„Szukam nowych rozwiązań”

 

„Krew Habsburgów” czyta się z dużym zaangażowaniem i nie sposób poddać się procesowi przeniesienia do książkowych realiów, gdy jest tak sugestywnie. Co daje taki efekt? Doskonały warsztat, zainteresowania scenopisarskie, a może pasja historyczna, która właśnie w takiej formie znajduje swoje ujście?

 

Cieszę się, że ”Krew Habsburgów” Pani się spodobała. Kocham historię, to prawda. Stąd lubię wyszukiwać ciekawostki, anegdoty, fakty z dawnych epok. To zawsze urozmaica akcję. Poza tym mam już sporą praktykę jako dziennikarz i autor książek. To na pewno pomaga przy konstruowaniu wciągającej i zrozumiałej fabuły. Każda taka książka to rodzaj gry z Czytelnikiem. Jeśli uda się go wciągnąć – narracją, akcją, bohaterami, otoczką historyczną – to już połowa sukcesu. Potem trzeba jeszcze nie stracić tego zaufania Czytelnika, utrzymać jego zainteresowanie do ostatniej strony. Z jednej strony staram się pisać książki tak, żebym sam chciał ją przeczytać. Z drugiej zaś – staram się wczuć w oczekiwania fanów tego typu prozy.

 

Dlaczego akurat przełom XIX-XX wieku i Austro-Węgry?

 

AdamWeglowski - Kopia

Prawie dziesięć lat temu bardzo chciałem napisać książkę o procesie rodzinny Ritterów, rozgrywającym się w Galicji, w zaborze austriackim, w latach 80. XIX wieku. Tak powstała powieść „Przypadek Ritterów”. Przy okazji zgłębiałem rozmaite inne kryminalne sprawy z tego okresu. No i zawsze byłem miłośnikiem Sherlocka Holmesa. To wszystko się zazębiło. Przychodziły mi do głowy pomysły na kolejne kryminały retro oparte na autentycznych wydarzeniach z końca XIX stulecia. A skoro w Austro-Węgrzech rozpoczęła się akcja serii i stamtąd pochodzą bohaterowie, więc często tam wracam na kartach powieści. Tym niemniej w „Nocy sztyletników” akcja przenosi się do Londynu, czasem zaglądamy do Paryża lub słyszymy wieści z Warszawy…

 

Kilka gatunków w jednej książce – to sposób na przyciągnięcie rzeszy czytelników czy raczej wszechstronność zainteresowań autora?

 

Po prostu szukam nowych rozwiązań! Moi Czytelnicy lubią zagadki i tajemnice, intrygi i pościgi. Ale czasem lubią się też wystraszyć albo pośmiać. Kochają zaskoczenia, więc warto ich zaskakiwać – także zmianą tonacji. Najważniejsze, żeby to nie wybiło Czytelnika z rytmu, a jeszcze bardziej rozbudziło jego ciekawość, co będzie działo się dalej.

 

DSC06227

Gdybym miała jednym słowem opisać Pańską książkę to brzmiałoby ono „dynamika”. Dużo się dzieje, wątki są spójne i nie zapomina Pan o ważnych detalach, które ilustrują opisywane realia. Jest filmowo, bo każda strona to dopracowana scena, którą można poddawać wnikliwej analizie. Do tego ten detektywistyczny pazur. Czy pisanie książki w takim stylu jest długim procesem? Mam wrażenie, że każdy książkowy obiekt był osobiście zatwierdzany…

 

To prawda, że chętnie opisuję rzeczy, które zobaczyłem na własne oczy albo widziałem na zdjęciach i rycinach. I to prawda, że inspiruje mnie język filmowy. Taki styl jest dla mnie naturalny. Oczywiście książki nie pisze się z dnia na dzień, wszystko trzeba przemyśleć, czasem wrócić się i poprawić. Albo przemontować, jak w filmie. Grunt to nie wybierać najłatwiejszych i najbardziej oczywistych rozwiązań. No i cały czas myśleć o Czytelnikach – o ich pragnieniu przeżycia fajnej przygody.

 

Plany na kolejne powieści?

 

Może wrócę do bohaterów „Krwi Habsburgów”, jeśli tylko Czytelnicy będą chcieli. Lecz mam też plany dotyczące kontynuacji powieści „Czas mocy”, rozgrywającej się na Mazurach w latach 80. To trochę takie polskie „Stranger Things”. Poza tym trzymam w zanadrzu kilka pomysłów, które pozwolę sobie zachować w tajemnicy. Mam nadzieję, że jeszcze niejeden raz zaskoczę Czytelników.

 

Dziękuję za rozmowę.

 

Dziękuję i pozdrawiam Czytelników!

 

A dla wszystkich miłośników Sherlocka Holmesa (czyli dla mnie też!!!) mały quiz tematyczny. Zajrzyjcie koniecznie tutaj: Quiz

 

Wywiad ze Stefanem Dardą

Foto (S.D.)

 

W oczekiwaniu na drugą część „Nowego domu na wyrębach” zapraszam na wywiad ze Stefanem Dardą.

 

Jest taki literacki stan, w którym wprost uwielbiam przebywać. To „dardyzm”. Kto czytał choć jedną książkę Stefana Dardy, wie o czym mówię. Kto nie czytał, powinien szybko naprawić to czytelnicze niedopatrzenie. Bo Darda wciąga w swój literacki świat i nie pozwala z niego tak do końca wyjść, nawet po skończonej lekturze.

 

Panie Stefanie, to wielka sztuka pisać w taki sposób. Czy pomysły na kolejne książki rodzą się w Pana głowie spontanicznie, czy raczej to długi proces?

 

Chyba każdy pisarz marzy o tym, aby wciągać Czytelników w opowiadane przez siebie historie, więc jest mi ogromnie miło, że Pani zdaniem mi się to udaje.
Co do samego procesu pisania moich książek… cóż, zwykle zaczyna się od jakiegoś spontanicznego pomysłu, coś tam zaczyna się tlić – jakiś wątek, postać, miejsce albo wydarzenie. Wtedy zaczynam to sobie obracać w głowie na różne sposoby, próbując znaleźć słabe i mocne punkty, a także zakładając jakieś niezbyt szczegółowe zręby potencjalnego toku fabuły oraz jej punkt docelowy. Przeważnie trwa to dość długo i kiedy po tym okresie wciąż wydaje mi się, że idea ma w sobie potencjał, podejmuję decyzję o próbie przelania jej na papier. Wtedy to wszystko nabiera bardziej konkretnych kształtów, jednocześnie ewoluując w miarę potrzeby. Próbuję jednocześnie kreować narrację, jak również daję się jej prowadzić. To proces dość specyficzny, trudny do precyzyjnego opisania, przypominający nieco malowanie obrazu,  który sukcesywnie uzupełniany jest o nowe elementy.

 

Rozrastający się „Dom na wyrębach”, tetralogia „Czarny Wygon”, poruszający zbiór opowiadań „Opowiem ci mroczną historię” i wstrząsający „Zabij mnie, tato”. Książki różne, ale ze wspólnym mianownikiem – dotykają głębi psychiki ludzkiej i grają na emocjach w wyjątkowy sposób. Trudno opisać styl, który Pan prezentuje. To trzeba przeżyć. Skąd tak doskonała znajomość czułych strun czytelników?

CzW pakiet.1

 

Sam jestem czytelnikiem, więc piszę takie książki, jakie chciałbym przeczytać. Z pewnością jako autor bardzo wiele zawdzięczam własnej intuicji. Tak naprawdę nigdy nie wiadomo co zrobić, w jaki sposób skonstruować fabułę i jak osadzić w niej bohaterów, aby odbiorca poczuł się usatysfakcjonowany. Może też część pozytywnego odbioru zawdzięczam temu, że nigdy nie staram się przypodchlebiać Czytelnikom. Po prostu mam do przekazania historię, uważam, że powinienem to zrobić tak a nie inaczej i możliwie najlepiej wykonuję swoją pracę. Wiąże się to z tym, że niektórym moje pisanie „nie podejdzie”, ponieważ lepiej wiedzą czego od danej książki oczekują. Świadomie godzę się na taki układ. Część osób sięgnie po jakąś moją książkę i będzie to pierwszy, a zarazem ostatni raz, a inni zostaną z moimi utworami na dłużej.

 

Wielu recenzentów wkłada Pana twórczość na półkę „horror”, „powieść grozy”. Według mnie to zły pomysł, bo pojawia się szufladkowanie do określonego gatunku i w ten sposób unikający horrorów nigdy nie zetkną się z książkami Pana autorstwa. A szkoda!

 

Już od dłuższego czasu nie zwracam większej uwagi na to, w jaki sposób szufladkowane są moje książki. Tak jak wspomniałem powyżej, robię swoje najlepiej jak potrafię. Nie zawrócę kijem Wisły, nie zmienię tego, że wielu recenzentów lubi (i jest to poniekąd zasadne) przyporządkować autora do konkretnego gatunku. Dopóki ktoś nie zechce przekonać się, czy faktycznie moja książka zalicza się do takiego horroru, jak ogólnie, często negatywnie, postrzegany jest ten gatunek, to się tego nie dowie. Nie jest moim zadaniem opowiadanie o swoich książkach, bo nigdy nie będę obiektywny, natomiast osobom, które dostrzegają w nich coś więcej niż to, co powszechnie określa się mianem horroru dziękuję i proszę o niesienie tej wieści dalej.

 

Jest Pan doskonałym obserwatorem otaczającego świata. To wielka sztuka by wpleść swe obserwacje w fabułę z pogranicza fantastyki i nadać jej znaczenia, które samoczynnie trafia do czytelnika, zmusza go do myślenia, nie pozwala o sobie zapomnieć, zmienia go. Znajomość psychologii, czy raczej intuicyjne działanie?

 

Zawsze zależy mi na tym, żeby Czytelnik w moich książkach mógł znaleźć coś więcej, niż tylko zgrabnie skonstruowaną, w miarę wciągającą oś fabularną, przy czym kładę tu nacisk na słowo „mógł”. Jeśli ktoś tego szuka i to odnajduje, to świetnie, natomiast jeśli są osoby, które chcą „podrapać głębiej” i ta czynność skutkuje odnalezieniem kolejnej warstwy, to jest mi tym bardziej miło. Staram się, aby moi bohaterowie byli wiarygodni, żeby otoczenie i to, co ich spotyka, wydawało się potencjalnie prawdopodobne. Być może dzięki temu łatwiej odbiorcy uwierzyć nawet w te mniej realistyczne wątki zahaczające o zjawiska nadprzyrodzone.

ndnwII

 

A teraz obrazek z mojego podwórka. Jednej z koleżanek w pracy pożyczyłam „Dom na wyrębach”. Już na drugi dzień,  z wypiekami na twarzy poprosiła o część drugą. Po dwóch tygodniach była po lekturze wszystkich Pana książek. Nie tylko ona. Trzy kolejne koleżanki również. Wszystkie są zgodne co do jednego: te książki się czyta! Jest mi niezmiernie miło, gdy dzielą się swymi emocjami po lekturze,  a potem odkrywają, że trudno znaleźć coś równie wciągającego. Niezwykłe i bardzo nobilitujące dla pisarza.

 

To prawda. Bardzo mnie cieszy, że gros zdeklarowanych Czytelników moich książek dotarło do nich nie dzięki akcjom promocyjnym, a właśnie dzięki poleceniu przez znajomych. Autentyczna i szczera zachęta do lektury zawsze jest najlepsza, a ponadto, co mogę stwierdzić na podstawie już prawie dziesięcioletniego doświadczenia na rynku wydawniczym, tacy czytelnicy, którym bezinteresownie i w dobrej wierze i skutecznie polecono twórczość danego autora, zostają z nim na dłużej, dając jednocześnie satysfakcję i radość, że to nie jest jakaś sezonowa, sztucznie nadmuchana fascynacja.

 

Jak mógłby Pan określić swój proces twórczy przy kolejnych książkach? Tych poprzednich i tych, na które czekamy.

 

Na pewno bardzo zazdroszczę autorom, którym pisanie przychodzi z wielką łatwością. U mnie jest to sprawa dość skomplikowana, wyczerpująca i trochę też stresująca. Na szczęście daje też wiele satysfakcji, w ogólnym rozrachunku wynagradzającej wszelkie niedogodności. Kiedy pracuję nad daną powieścią, praktycznie cały czas jestem gdzieś wokół niej myślami. Piszę zawsze od początku do końca, nie bardzo wyobrażając sobie (co ponoć się zdarza innym autorom) pracę nad wybranymi dowolnie fragmentami, a potem składanie całości jak puzzle. Cieszę się też, że każda nowa książka to wyprawa w nieznane, a jednocześnie utwór, nad którym chcę pracować. Nie wyobrażam sobie pisania czegoś ze świadomością, że to „chałtura” wykonywana tylko dlatego, że Czytelnicy domagają się kolejnej pozycji mojego autorstwa.
W tym roku, w październiku, będzie miał premierę „Nowy dom na wyrębach II”, czyli trzecia i zarazem ostatnia książka cyklu „Wyręby”. Jeśli chodzi o rok 2019, to plany wydawnicze mam tak ambitne, jak nigdy dotąd, a związane są one z premierą trzech książek (w tym jednej we współautorstwie). Sporo pracy przede mną (choć też już część za mną), ale to, co już napisałem dało mi sporo satysfakcji, a praca, która na mnie czeka, jest jak zwykle inspirującym wyzwaniem.

Zmt (rzut)

 

Co lubi czytać Stefan Darda?

 

Wspomniała Pani powyżej, że moje książki trudno poddają się prostym klasyfikacjom. Sądzę, że w dużej mierze jest to spowodowane faktem, iż jako czytelnik nie ograniczam swoich zainteresowań do jakiegoś określonego gatunku literackiego. Oczywiście, czytam sporo thrillerów i horrorów (trochę dla przyjemności, a trochę jakby „z obowiązku”), ale chętnie też sięgam po klasykę, kryminał i literaturę faktu. Ponieważ przygarnąłem jakiś czas temu psa rasy husky (którego porzuciło jakieś bydlę), ostatnio mam też za sobą kilka pozycji o wilkach. Ale, by rozwiać ewentualne, uzasadnione wśród Czytelników „Nowego domu na wyrębach” wątpliwości, pragnę tu wspomnieć, że „wilk” pojawił się w moim życiu dopiero po premierze wspomnianej powieści.

 

W oczekiwaniu na kolejne książki, serdecznie dziękuję za rozmowę.

 

Dziękuję bardzo i pozdrawiam Czytelników „Książek w eterze”.

 

Wywiad z Moniką Rebizant-Siwiło

monika r-s 1

 

Monika Rebizant-Siwiło – autorka powieści: „Singiel” i „Przytul mnie”, „Zatrzymaj mnie” i „Wrzosowiska”. Pisze także opowiadania. Jedno z nich, „Ludgarda”, ukazało się w zbiorze „Poznań fantastyczny.” Urodziła się 9 maja 1975 r. w Tomaszowie Lubelskim. Ze wszystkich miesięcy w roku najbardziej lubi maj i kwiaty bzu. Od lat pozostaje wierna pasji historycznej. Czyta, recenzuje książki i pisze. Z zawodu jest bibliotekarką, nauczycielką historii, przewodnikiem turystycznym. Przy okazji premiery książki „Zatańcz ze mną”, poznajcie tę autorkę nieco bliżej. Zapraszam do lektury.

 

Dlaczego właśnie Roztocze jest tłem powieści Pani autorstwa?

 

Roztocze jest po prostu moje od dzieciństwa. Nigdy nie pociągały mnie inne miejsca, myślę więc, że tutaj zostanę. Piszę o zwyczajnych rzeczach, które mnie spotykają i otaczają, jestem domatorką zakochaną w swoich rodzinnych stronach i nie należy się spodziewać, że kiedykolwiek mi przejdzie. Roztocze jest po prostu najpiękniejsze na świecie, a ja jestem bardzo stała w uczuciach…

 

Książki spod Pani pióra mają wiele odniesień do przeszłości. Szczególny sentyment do historii?

monika r-s 2

Tak, uważam, że historia jest ważna, trzeba ją znać i uczyć się jej, bo jest nauczycielką życia. Ale nie chodzi tylko o to, żeby pamiętać, czy znać wydarzenia, lecz starać się wyciągać wnioski na przyszłość, nie powtarzać błędów, wybierać inne drogi, które są dobre i mądre dla nas i dla innych. I przede wszystkim słuchać ludzi starszych, tych, którzy pamiętają, świadków historii i uczyć się od nich życia. Wtedy wszystko będzie dobrze.

 

Najbliższe plany zawodowe?

 

Bardzo bym chciała pisać zawodowo, lecz w tej chwili jest to przede wszystkim moja pasja i sposób na życie, a także swojego rodzaju rozmowa z czytelnikami. Poprzez moich bohaterów i świat który tworzę wypowiadam się w wielu sprawach, piszę o tym co czuję i jak czuję, co mnie cieszy, a co smuci. Obiecałam czytelnikom „Uroczysko” i właśnie nad nim pracuję. Zwykle nie planuję niczego, mam jedynie nadzieję, że w przyszłym roku trzecia część sagi Wrzosowiska/ Dziki rozmaryn trafi do rąk czytelników.

 

I na koniec mała przepytywanka, dzięki której czytelnicy poznają Panią nieco lepiej:

monika r-s 3

Wymarzone miejsce do odpoczynku to… –  Las, las, las…

 

Kawa czy herbata? – Kawa rano, herbata wieczorem.

 

W góry czy nad morze? – Zdecydowanie w góry.

 

Spódnica czy spodnie? – Spodnie i trampki.

 

Szpilki czy trampki? – Spódnica i szpilki.

 

Sernik czy makowiec? – I to i to… uwielbiam domowe wypieki.

 

Wrzosy czy tulipany? – Wrzosy w lesie, tulipany w ogrodzie.

 

Serdecznie dziękuję za rozmowę.

 

Również dziękuję, pozdrawiam czytelników i zachęcam do lektury moich książek, a także do wypraw na Roztocze.

« Starsze wpisy