Wywiady

Wywiad ze Stefanem Dardą

Foto (S.D.)

 

W oczekiwaniu na drugą część „Nowego domu na wyrębach” zapraszam na wywiad ze Stefanem Dardą.

 

Jest taki literacki stan, w którym wprost uwielbiam przebywać. To „dardyzm”. Kto czytał choć jedną książkę Stefana Dardy, wie o czym mówię. Kto nie czytał, powinien szybko naprawić to czytelnicze niedopatrzenie. Bo Darda wciąga w swój literacki świat i nie pozwala z niego tak do końca wyjść, nawet po skończonej lekturze.

 

Panie Stefanie, to wielka sztuka pisać w taki sposób. Czy pomysły na kolejne książki rodzą się w Pana głowie spontanicznie, czy raczej to długi proces?

 

Chyba każdy pisarz marzy o tym, aby wciągać Czytelników w opowiadane przez siebie historie, więc jest mi ogromnie miło, że Pani zdaniem mi się to udaje.
Co do samego procesu pisania moich książek… cóż, zwykle zaczyna się od jakiegoś spontanicznego pomysłu, coś tam zaczyna się tlić – jakiś wątek, postać, miejsce albo wydarzenie. Wtedy zaczynam to sobie obracać w głowie na różne sposoby, próbując znaleźć słabe i mocne punkty, a także zakładając jakieś niezbyt szczegółowe zręby potencjalnego toku fabuły oraz jej punkt docelowy. Przeważnie trwa to dość długo i kiedy po tym okresie wciąż wydaje mi się, że idea ma w sobie potencjał, podejmuję decyzję o próbie przelania jej na papier. Wtedy to wszystko nabiera bardziej konkretnych kształtów, jednocześnie ewoluując w miarę potrzeby. Próbuję jednocześnie kreować narrację, jak również daję się jej prowadzić. To proces dość specyficzny, trudny do precyzyjnego opisania, przypominający nieco malowanie obrazu,  który sukcesywnie uzupełniany jest o nowe elementy.

 

Rozrastający się „Dom na wyrębach”, tetralogia „Czarny Wygon”, poruszający zbiór opowiadań „Opowiem ci mroczną historię” i wstrząsający „Zabij mnie, tato”. Książki różne, ale ze wspólnym mianownikiem – dotykają głębi psychiki ludzkiej i grają na emocjach w wyjątkowy sposób. Trudno opisać styl, który Pan prezentuje. To trzeba przeżyć. Skąd tak doskonała znajomość czułych strun czytelników?

CzW pakiet.1

 

Sam jestem czytelnikiem, więc piszę takie książki, jakie chciałbym przeczytać. Z pewnością jako autor bardzo wiele zawdzięczam własnej intuicji. Tak naprawdę nigdy nie wiadomo co zrobić, w jaki sposób skonstruować fabułę i jak osadzić w niej bohaterów, aby odbiorca poczuł się usatysfakcjonowany. Może też część pozytywnego odbioru zawdzięczam temu, że nigdy nie staram się przypodchlebiać Czytelnikom. Po prostu mam do przekazania historię, uważam, że powinienem to zrobić tak a nie inaczej i możliwie najlepiej wykonuję swoją pracę. Wiąże się to z tym, że niektórym moje pisanie „nie podejdzie”, ponieważ lepiej wiedzą czego od danej książki oczekują. Świadomie godzę się na taki układ. Część osób sięgnie po jakąś moją książkę i będzie to pierwszy, a zarazem ostatni raz, a inni zostaną z moimi utworami na dłużej.

 

Wielu recenzentów wkłada Pana twórczość na półkę „horror”, „powieść grozy”. Według mnie to zły pomysł, bo pojawia się szufladkowanie do określonego gatunku i w ten sposób unikający horrorów nigdy nie zetkną się z książkami Pana autorstwa. A szkoda!

 

Już od dłuższego czasu nie zwracam większej uwagi na to, w jaki sposób szufladkowane są moje książki. Tak jak wspomniałem powyżej, robię swoje najlepiej jak potrafię. Nie zawrócę kijem Wisły, nie zmienię tego, że wielu recenzentów lubi (i jest to poniekąd zasadne) przyporządkować autora do konkretnego gatunku. Dopóki ktoś nie zechce przekonać się, czy faktycznie moja książka zalicza się do takiego horroru, jak ogólnie, często negatywnie, postrzegany jest ten gatunek, to się tego nie dowie. Nie jest moim zadaniem opowiadanie o swoich książkach, bo nigdy nie będę obiektywny, natomiast osobom, które dostrzegają w nich coś więcej niż to, co powszechnie określa się mianem horroru dziękuję i proszę o niesienie tej wieści dalej.

 

Jest Pan doskonałym obserwatorem otaczającego świata. To wielka sztuka by wpleść swe obserwacje w fabułę z pogranicza fantastyki i nadać jej znaczenia, które samoczynnie trafia do czytelnika, zmusza go do myślenia, nie pozwala o sobie zapomnieć, zmienia go. Znajomość psychologii, czy raczej intuicyjne działanie?

 

Zawsze zależy mi na tym, żeby Czytelnik w moich książkach mógł znaleźć coś więcej, niż tylko zgrabnie skonstruowaną, w miarę wciągającą oś fabularną, przy czym kładę tu nacisk na słowo „mógł”. Jeśli ktoś tego szuka i to odnajduje, to świetnie, natomiast jeśli są osoby, które chcą „podrapać głębiej” i ta czynność skutkuje odnalezieniem kolejnej warstwy, to jest mi tym bardziej miło. Staram się, aby moi bohaterowie byli wiarygodni, żeby otoczenie i to, co ich spotyka, wydawało się potencjalnie prawdopodobne. Być może dzięki temu łatwiej odbiorcy uwierzyć nawet w te mniej realistyczne wątki zahaczające o zjawiska nadprzyrodzone.

ndnwII

 

A teraz obrazek z mojego podwórka. Jednej z koleżanek w pracy pożyczyłam „Dom na wyrębach”. Już na drugi dzień,  z wypiekami na twarzy poprosiła o część drugą. Po dwóch tygodniach była po lekturze wszystkich Pana książek. Nie tylko ona. Trzy kolejne koleżanki również. Wszystkie są zgodne co do jednego: te książki się czyta! Jest mi niezmiernie miło, gdy dzielą się swymi emocjami po lekturze,  a potem odkrywają, że trudno znaleźć coś równie wciągającego. Niezwykłe i bardzo nobilitujące dla pisarza.

 

To prawda. Bardzo mnie cieszy, że gros zdeklarowanych Czytelników moich książek dotarło do nich nie dzięki akcjom promocyjnym, a właśnie dzięki poleceniu przez znajomych. Autentyczna i szczera zachęta do lektury zawsze jest najlepsza, a ponadto, co mogę stwierdzić na podstawie już prawie dziesięcioletniego doświadczenia na rynku wydawniczym, tacy czytelnicy, którym bezinteresownie i w dobrej wierze i skutecznie polecono twórczość danego autora, zostają z nim na dłużej, dając jednocześnie satysfakcję i radość, że to nie jest jakaś sezonowa, sztucznie nadmuchana fascynacja.

 

Jak mógłby Pan określić swój proces twórczy przy kolejnych książkach? Tych poprzednich i tych, na które czekamy.

 

Na pewno bardzo zazdroszczę autorom, którym pisanie przychodzi z wielką łatwością. U mnie jest to sprawa dość skomplikowana, wyczerpująca i trochę też stresująca. Na szczęście daje też wiele satysfakcji, w ogólnym rozrachunku wynagradzającej wszelkie niedogodności. Kiedy pracuję nad daną powieścią, praktycznie cały czas jestem gdzieś wokół niej myślami. Piszę zawsze od początku do końca, nie bardzo wyobrażając sobie (co ponoć się zdarza innym autorom) pracę nad wybranymi dowolnie fragmentami, a potem składanie całości jak puzzle. Cieszę się też, że każda nowa książka to wyprawa w nieznane, a jednocześnie utwór, nad którym chcę pracować. Nie wyobrażam sobie pisania czegoś ze świadomością, że to „chałtura” wykonywana tylko dlatego, że Czytelnicy domagają się kolejnej pozycji mojego autorstwa.
W tym roku, w październiku, będzie miał premierę „Nowy dom na wyrębach II”, czyli trzecia i zarazem ostatnia książka cyklu „Wyręby”. Jeśli chodzi o rok 2019, to plany wydawnicze mam tak ambitne, jak nigdy dotąd, a związane są one z premierą trzech książek (w tym jednej we współautorstwie). Sporo pracy przede mną (choć też już część za mną), ale to, co już napisałem dało mi sporo satysfakcji, a praca, która na mnie czeka, jest jak zwykle inspirującym wyzwaniem.

Zmt (rzut)

 

Co lubi czytać Stefan Darda?

 

Wspomniała Pani powyżej, że moje książki trudno poddają się prostym klasyfikacjom. Sądzę, że w dużej mierze jest to spowodowane faktem, iż jako czytelnik nie ograniczam swoich zainteresowań do jakiegoś określonego gatunku literackiego. Oczywiście, czytam sporo thrillerów i horrorów (trochę dla przyjemności, a trochę jakby „z obowiązku”), ale chętnie też sięgam po klasykę, kryminał i literaturę faktu. Ponieważ przygarnąłem jakiś czas temu psa rasy husky (którego porzuciło jakieś bydlę), ostatnio mam też za sobą kilka pozycji o wilkach. Ale, by rozwiać ewentualne, uzasadnione wśród Czytelników „Nowego domu na wyrębach” wątpliwości, pragnę tu wspomnieć, że „wilk” pojawił się w moim życiu dopiero po premierze wspomnianej powieści.

 

W oczekiwaniu na kolejne książki, serdecznie dziękuję za rozmowę.

 

Dziękuję bardzo i pozdrawiam Czytelników „Książek w eterze”.

 

Wywiad z Moniką Rebizant-Siwiło

monika r-s 1

 

Monika Rebizant-Siwiło – autorka powieści: „Singiel” i „Przytul mnie”, „Zatrzymaj mnie” i „Wrzosowiska”. Pisze także opowiadania. Jedno z nich, „Ludgarda”, ukazało się w zbiorze „Poznań fantastyczny.” Urodziła się 9 maja 1975 r. w Tomaszowie Lubelskim. Ze wszystkich miesięcy w roku najbardziej lubi maj i kwiaty bzu. Od lat pozostaje wierna pasji historycznej. Czyta, recenzuje książki i pisze. Z zawodu jest bibliotekarką, nauczycielką historii, przewodnikiem turystycznym. Przy okazji premiery książki „Zatańcz ze mną”, poznajcie tę autorkę nieco bliżej. Zapraszam do lektury.

 

Dlaczego właśnie Roztocze jest tłem powieści Pani autorstwa?

 

Roztocze jest po prostu moje od dzieciństwa. Nigdy nie pociągały mnie inne miejsca, myślę więc, że tutaj zostanę. Piszę o zwyczajnych rzeczach, które mnie spotykają i otaczają, jestem domatorką zakochaną w swoich rodzinnych stronach i nie należy się spodziewać, że kiedykolwiek mi przejdzie. Roztocze jest po prostu najpiękniejsze na świecie, a ja jestem bardzo stała w uczuciach…

 

Książki spod Pani pióra mają wiele odniesień do przeszłości. Szczególny sentyment do historii?

monika r-s 2

Tak, uważam, że historia jest ważna, trzeba ją znać i uczyć się jej, bo jest nauczycielką życia. Ale nie chodzi tylko o to, żeby pamiętać, czy znać wydarzenia, lecz starać się wyciągać wnioski na przyszłość, nie powtarzać błędów, wybierać inne drogi, które są dobre i mądre dla nas i dla innych. I przede wszystkim słuchać ludzi starszych, tych, którzy pamiętają, świadków historii i uczyć się od nich życia. Wtedy wszystko będzie dobrze.

 

Najbliższe plany zawodowe?

 

Bardzo bym chciała pisać zawodowo, lecz w tej chwili jest to przede wszystkim moja pasja i sposób na życie, a także swojego rodzaju rozmowa z czytelnikami. Poprzez moich bohaterów i świat który tworzę wypowiadam się w wielu sprawach, piszę o tym co czuję i jak czuję, co mnie cieszy, a co smuci. Obiecałam czytelnikom „Uroczysko” i właśnie nad nim pracuję. Zwykle nie planuję niczego, mam jedynie nadzieję, że w przyszłym roku trzecia część sagi Wrzosowiska/ Dziki rozmaryn trafi do rąk czytelników.

 

I na koniec mała przepytywanka, dzięki której czytelnicy poznają Panią nieco lepiej:

monika r-s 3

Wymarzone miejsce do odpoczynku to… –  Las, las, las…

 

Kawa czy herbata? – Kawa rano, herbata wieczorem.

 

W góry czy nad morze? – Zdecydowanie w góry.

 

Spódnica czy spodnie? – Spodnie i trampki.

 

Szpilki czy trampki? – Spódnica i szpilki.

 

Sernik czy makowiec? – I to i to… uwielbiam domowe wypieki.

 

Wrzosy czy tulipany? – Wrzosy w lesie, tulipany w ogrodzie.

 

Serdecznie dziękuję za rozmowę.

 

Również dziękuję, pozdrawiam czytelników i zachęcam do lektury moich książek, a także do wypraw na Roztocze.

Wywiad z Elżbietą Rodzeń

045

„Warto dać sobie szansę…”.

 

Nie boi się Pani trudnych tematów. Przyciągają Panią jakimś wewnętrznym magnesem?

 

Obawiam się, że tak. A tak serio, to wydaje mi się, że trudne tematy są czymś, o czym warto mówić i pisać. Czasem sama się ich boję, bo wyobrażam sobie jak by to było, gdyby mnie coś takiego spotkało. Wczuwam się w swoich bohaterów i przez to niemal czuję to, co oni. To bywa trudne i czasem powoduje niezłe zamieszanie w głowie i w sercu. Ale przeczytałam kiedyś taki cytat: „Książka powinna w duszy czytelnika wywoływać obrażenia” i musiałam się z tym zgodzić. Nie potrafiłabym pisać o czymś błahym.

 

Pisanie powieści to proces, przez który lubi Pani przechodzić sama, czy wręcz przeciwnie, szuka dialogu, kontaktu, potwierdzenia swoich wizji wśród np. bliskich?

 

Główną oś historii zawsze układam sama. Często jednak potrzebuję pomocy przy szczegółach, pojedynczych wątkach, czy scenach i tu sprawdzają się moi bliscy. Najczęściej potrzebuję potwierdzenia, czy wszystko jest wiarygodne lub czy nie skupiłam się za bardzo na jakimś nieistotnym wątku. Bywa też, że ktoś ma nieświadomie wpływ na historię, którą tworzę. Pożyczam od ludzi, których spotykam, powiedzonka, sposób zachowania, albo jakąś manierę.

 

W powieści „Przyszłość ma twoje imię” dużą rolę odgrywa dążenie do realizacji marzeń, spełniania pasji. Jest jakiś szczególny powód, dla którego tak Pani to podkreśla?

114

 

Pasje są czymś niezwykle istotnym w życiu, bo czasem są jedyną rzeczą, która nadaje mu sens i koloryt. Ktoś poradził mi kilka lat temu, że powinnam znaleźć sobie pasję, aby przetrwać to, co wtedy działo się w moim życiu i posłuchałam tej rady, a ona się sprawdziła.  Realizacja marzeń jest już czymś trudniejszym i zdaję sobie sprawę z tego, że czasem jakieś marzenie może być wręcz nieosiągalne. Ale jeśli nie spróbujemy, to praktycznie od razu mamy gwarancję, że nic nam się nie uda. Warto dać sobie szansę, choć czasem to wiele kosztuje.

 

Kalejdoskop zdarzeń i emocji w „Dziewczynie o kruchym sercu” długo kołacze się w głowie po lekturze. Skąd pomysł na taką książkę?

 

Pomysł na tę książkę zrodził się w mojej głowie dawno temu. Zawsze trochę przerażało mnie to, że można żyć z perspektywą śmierci w młodym wieku. Później miałam okazję poznać kilka takich osób i zaskoczyło mnie to, jak bardzo strach ich najbliższych utrudnia im te ostatnie miesiące. Ludzie szukają cudownych leków, uzdrowicieli z drugiego końca świata, każą swoim cierpiącym bliskim walczyć. Większość nie chce rozmawiać o śmierci z kimś, kto odchodzi, nawet gdy ta osoba tego potrzebuje, gdy pragnie już się pożegnać. Postanowiłam stworzyć bohaterów, którzy pokażą, jak ważne jest akceptowanie tego, co się w naszym życiu dzieje, nawet gdy to naprawdę boli. Chciałam, żeby ci bardzo młodzi ludzie pokazali czytelnikowi, że śmierć jest nieodzownym elementem życia, a nie tylko niepowodzeniem w leczeniu.

 

Wrócę też do „Zimowej miłości”, w której pierwsze skrzypce gra uczucie, które nie ulega presji upływu czasu. Stara miłość faktycznie nie rdzewieje?

 

Wydaje mi się, że jeśli naprawdę się kogoś kocha, to to uczucie zostaje z nami na zawsze. W przypadku Anny i Michała ta miłość nigdy się nie skończyła, oni tylko ją zamrozili, kazali jej zapaść w długi zimowy sen. Anna przerwała ich związek, ale nie zrobiła tego z powodu braku uczucia, tylko wręcz przeciwnie – kochała Michała tak bardzo, że zdecydowała się odejść. To nie było zwykłe zauroczenie, tylko coś wielkiego, a przez to i trwałego.

 

Pisarz zwykle kojarzy się z przytulnym fotelem w domku daleko od miejskiego zgiełku. Czy tak to wygląda u Pani?

 

Trochę tak. Mój dom stoi przy lesie, ale mieszkam niedaleko miasta. I nie mam takiego fotela z prawdziwego zdarzenia, bo dopiero próbujemy umeblować nasz dom. Wygląda to tak, że najczęściej piszę na kanapie, którą przywieźliśmy ze sobą jeszcze z małej kawalerki, gdzie służyła nam za łóżko, więc już tam na niej siedziałam, kiedy pisałam. Ostatnio pisuję też w kuchni, ale też siedząc na małej, czerwonej sofie (właśnie po to wstawiłam sofę do kuchni).

 

Najbliższe plany zawodowe?

 

Takie prawdziwe zawodowe plany, to zrobić awans na nauczyciela dyplomowanego i wtedy będę już ważną (i mądrą, mam nadzieję) panią pedagog. A jeśli chodzi o pisanie, to marzy mi się, aby mieć szansę napisania scenariuszu do filmu. Myślałam nawet kiedyś o studiowaniu scenariuszopisania, ale niestety brak mi na to funduszy i czasu. Chciałabym też móc kiedyś, w odległej przyszłości, uczyć pisania, ponieważ wydaje mi się, że mogłoby to być ciekawe doświadczenie.

 

Życzę spełnienia tych i wielu innych marzeń! Dziękuję za rozmowę.

 

Dziękuję i serdecznie pozdrawiam czytelników :)

Wywiad z Alicją Flis

 

Alicja Flis, autorka książki Cienie w Dolinie Słońca, zawodowo związana z oświatą. Dlaczego pisze? Skąd czerpie inspiracje? Między innymi o tym w poniższej rozmowie. Zapraszam :)

 

Czy lubi Pani Włochy?

 

Jadąc po raz pierwszy do Włoch, nawet nie przypuszczałam, że ta podróż zmieni moje życie na zawsze. Rzym, Wenecja, Asyż, później Val di Sole – to magiczne miejsca, które zainspirowały mnie do twórczości literackiej. Pierwsza podróż zaowocowała wydaniem tomiku poetyckiego „Nie będę przepraszać za miłość…”, który jest zbiorem utworów dotykających najczulszych strun ludzkiej egzystencji: miłości, oczekiwania, spełnienia, ale też rozstań, powrotów, dalekich podróży w głąb kobiecej duszy: wrażliwej i czułej, czasami przekornej i zbuntowanej. Stanowczej i zdecydowanej w życiu, ale bezradnej wobec uczucia. Opowiadam w nim historię miłości, za którą tęsknią wszyscy zakochani bez względu na wiek, czas i miejsce, bo na miłość nigdy nie jest za późno i za miłość nigdy nie należy przepraszać. Poprzez pryzmat miłości szukam prawdy o człowieku.

 

Kolejna podróż do Włoch była inspiracją do napisania powieści sensacyjnej pt. „Złudzenia”. Tym razem zachwycił mnie Piazza Navona, najpiękniejszy plac Rzymu z niesamowitym klimatem stworzonym przez artystów. To samo serce tętniącego życiem wiecznego miasta: romantyczne knajpki, uliczni grajkowie, atmosfera przepełniona magią i miłością. Właśnie tam rozgrywa się akcja „Złudzeń”, które są opowieścią o losach trzech kobiet, które w przeszłości zostały ze sobą rozdzielone. Żadna z nich nie znała prawdy o swojej prawdziwej tożsamości. Żyły życiem zaplanowanym przez innych, przez los, przez przeznaczenie. Mówi o tym motto umieszczone na początku książki: „To los sprawił, że życie stało się złudzeniem”. Dopiero poznanie prawdy i prawdziwej miłości sprawiło, że bohaterki odnalazły siebie w świecie pozbawionym złudzeń.

 

Val di Sole, Dolina Słońca jest kolejnym miejscem, które mnie zachwyciło swoim pięknem i dzikością natury. Zaowocowało wydaniem powieści sensacyjnej „Cienie w Dolinie Słońca”. Zatem odpowiedź na postawione pytanie, czy lubię Włochy, brzmi: jestem w nich zakochana miłością wieczną.

 

Zahipnotyzować czytelnika fabułą wcale nie jest tak łatwo. Pani to zrobiła. Zgrabnie i ciekawie. W jakich okolicznościach zrodził się pomysł na książkę „Cienie w Dolinie Słońca”?

Cienie-w-Dolinie-Słońca

 

Inspiracją do napisania mojej kolejnej powieści „Cienie w Dolinie Słońca” były również Włochy i wakacje w Dolinie Słońca – Val di Sole. Zafascynował mnie krajobraz tej przepięknej doliny: rwąca rzeka Noce, wypełniona wystającymi skałami, otoczona górzystym terenem ze skalnymi grotami i dolinami porośniętymi kwiatami. Zainteresowali mnie ludzie, którzy przyjeżdżali tam na wypoczynek, a ich pasją był rafting i tarzaning, sporty ekstremalne uprawiane latem: spływ kajakowy w spienionym nurcie rzeki, wspinanie się po stromych skałach, przechodzenie przez mosty linowe, a wszystko po to, aby poczuć adrenalinę. Wiele razy ryzykowali własnym życiem. Widziałam wzburzoną rzekę, po której pływali kajakarze. Z obu jej stron wznosiły się wysokie ściany skalne. Pomyślałam, że gdyby coś się stało, ci ludzie nie mieliby szans na szybkie wydostanie się z wody. I właśnie wtedy przyszły mi do głowy zdania: „Stała nad brzegiem rwącej rzeki Noce. Mokra, zziębnięta i przerażona.” Zapisałam je i dalej zdania układały się już same.

 

Bohaterowie  z charakterem. Wyraziści, pełnokrwiści. Ma Pani na nich pomysł już na początku procesu twórczego czy dojrzewają wraz z  rozwojem akcji?

 

Staram się, żeby bohaterowie moich powieści byli ludźmi z określonym charakterem, obdarzeni wyrazistymi cechami osobowości, z konkretnymi wartościami i zasadami, którymi kierują się w życiu. Żeby mieli ugruntowany światopogląd i życiową mądrość. Każdy z nich musi mieć swoje CV i określony wygląd zewnętrzny. W tym miejscu dokonuję bardzo istotnej dla mnie wizualizacji bohaterów, żeby przez cały proces twórczy mieć ich obraz przed oczyma i w pamięci. Traktuję ich tak, jakby istnieli naprawdę, zżywam się z nimi, wręcz zaprzyjaźniam, żeby wiedzieć o czym myślą, co czują w danej chwili. Z pewnością żaden z bohaterów nie jest idealny, bo straciłby w oczach czytelnika wiarygodność. Każdy z nich skrywa jakąś tajemnicę, czy chociażby mroczne myśli. Dokładnie tak jak napisałam w motcie książki: „Czasami myśli i czyny człowieka kładą się długim cieniem na jego duszy”.

Przywiązuję dużą wagę do psychologizacji bohaterów, co sprawia, że wykreowane postacie są ludźmi w pełnym tego słowa znaczeniu: potrafią kochać i nienawidzić,  śmiać się i płakać, cierpieć i być szczęśliwymi. Zupełnie jak w normalnym życiu. Dopiero okoliczności, w jakich znajdują się bohaterowie, determinują ich zachowanie i postępowanie. Oni sami nie wiedzą, jak dana sytuacja wpłynie na ich sposób myślenia czy działania. Często są zaskoczeni swoimi reakcjami. Gubią się w życiu, miłości, zazdrości, które popychają ich nawet do zbrodni. Oczywiście już na początku powieści bohaterowie są określeni, mam na nich pomysł i przydzielone dla nich role, ale tak naprawdę dojrzewają oni wraz rozwojem akcji. Często też pojawiają się postacie nowe, niezaplanowane, ale niezbędne do dopełnienia fabuły. Staram się też tak pokierować postacią, aby to czytelnik dokonał ostatecznej oceny bohatera.

 

Serce czy rozum? Romantyzm czy realizm? Czym bardziej kieruje się Pani w życiu?

 

Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na zadane pytania. Ci, którzy przebywają ze mną  na co dzień twierdzą, że twardo stąpam po ziemi, że jestem kobietą stanowczą i zdecydowaną, czasami za bardzo wymagającą i pragmatyczną. Jednak najbliżsi wiedzą, że w głębi duszy jestem niepoprawną romantyczką, wrażliwą, uczuciową, typową  zodiakalną wagą, która kładzie na dwóch szalach rozum i serce, analizuje, rozkłada na kawałki, rozważa, rozmyśla, bo wszystko muszę mieć poukładane i zaplanowane. Mam w sobie potrzebę harmonii i równowagi, co w życiu bywa przeważnie niemożliwe, a często nawet uciążliwe. Walczę z nadmiernym idealizmem i uczuciowością, jednak czasami emocje biorą górę. Serce czy rozum? W życiu zawodowym i codziennym zdecydowanie rozum, w    pozostałych przypadkach serce, które nie zawsze chce słuchać rozumu…

 

Alicja Flis z córką w Wenecji

Alicja Flis z córką w Wenecji

Plany twórcze na najbliższą przyszłość?

 

Na razie mam zaplanowanych jeszcze kilka spotkań z czytelnikami, a potem bez reszty oddam się pisaniu rozpoczętej już książki. W zeszłym roku byłam z rodziną w Wenecji. Zamieszkaliśmy w małym hoteliku, dawnym domu artystów, stylizowanym na XIX wiek. Po przekroczeniu jego progu poczułam całą sobą, że to właśnie w tym miejscu rozgrywać się będzie akcja mojej kolejnej powieści. Oczywiście z Wenecją i jej mrocznymi tajemnicami w tle.

 

Serdecznie dziękuję za rozmowę.

 

Dziękuję i pozdrawiam!

 

Myślę obrazami – wywiad z Justyną Wydrą

zdjęcie art

Jaki impuls spowodował, że powstała książka „Ponieważ wróciłam”?

 

Pewien wyjątek z recenzji poprzedniej powieści. Głównego bohatera określono w niej jako anioła w czarnym mundurze (ciekawe, że  podobny portret esesmana pojawił się u Karpowicza w „Sońce”). Tyle, że Bruno z „Esesmana i Żydówki” nie był aniołem! Był zwykłym człowiekiem. Kierowały nim impulsy (właśnie!), głupota na zmianę z rozsądkiem, źle rozumiany patriotyzm, poczucie obowiązku, lojalność, wdzięczność, miłość. Nie był ani totalnie zły, ani tym bardziej całkowicie dobry, w dodatku miał wątpliwości. A anioł? Anioł wątpliwości nie ma nigdy, bo pozbawiono go wolnej woli. Dostaje cel do realizacji i uparcie do niego dąży. Cel ma oczywiście dobry, ale… Ja widzę w takiej koncepcji anioła coś psychopatycznego, demonicznego. Zresztą – czyż diabeł nie jest aniołowi bratem?

Myślę obrazami. I tym razem także ujrzałam roztrzęsioną, bliską obłędu kobietę, wykrzykującą coś w złości do osoby, której nie widać. Podeszłam do niej bliżej i usłyszałam: „Cholerny aniele boży, pieprzony stróżu mój! Nie potrzebuję cię! Ani we dnie, ani w nocy. Idź sobieeeeeeee”. Wyła i miotała przekleństwa. Dlaczego? Co takiego zrobił jej anioł stróż? Z definicji dobry i zawsze działający na jej rzecz. Czy na pewno? Z tym pytaniem zostawię czytelnika „Ponieważ wróciłam”.

 

Od dobrego łatwo się uzależnić. Magdalena, bohaterka powieści, przywykła do stałej obecności wspierającego ją anioła. Czuła, że jej się należy. Można wpaść w pułapkę dobra. Czy w pisaniu również jest takie ryzyko, ze pochlebne recenzje na tyle dodają skrzydeł, że trudno znowu dotknąć ziemi?

 

Ja mam chyba odmienny problem. O ile innym skłonna jestem wiele wybaczyć, dać prawo do błędu, nauki, potknięcia, o tyle wobec siebie jestem bardzo krytyczna. Dobre recenzje i pozytywny odbiór książki oczywiście niezmiernie mnie cieszą. Cieszy także świadomość tego, że wydając tamtą książkę, poruszyłam temat, który chyba wciąż w nas tkwi, w dodatku zrobiłam to tak, jak sobie zamierzyłam – raczej subtelnie i od nieco nietypowej strony (relacja międzyludzka zamiast festiwalu przemocy), ale to wszystko nie uwalnia mnie od wątpliwości. Mogłam to napisać inaczej. Lepiej. Głębiej. Dojrzalej. Teraz pewnie będzie tak samo. Ciężko jest oderwać mnie od ziemi.

zdjęcie

Druga książka, wiec z pewnością będą porównania. Nie obawia się Pani prób szufladkowania?

 

Boję się odłożenia na półkę: „literatura kobieca” w rozumieniu „czytadło-romansidło”. Jako pisarka tworzę oczywiście raczej z kobiecego punktu widzenia. W moich książkach pewnie zawsze ważna będzie miłość, jako jeden z najpotężniejszych motorów ludzkiego działania. Ale ani w tamtej książce, ani w tej nie była ona dla mnie najważniejsza. Tam liczyła się przede wszystkim przyzwoitość, człowieczeństwo, wolność wyboru, wdzięczność, los, wola przetrwania. Romans – potem, choć obawiam się, że wysunął się na pierwszy plan, bo dwoje ludzi, bo kobieta i mężczyzna. Tutaj – hm… może to samo? Może także życie jako pewna pula prawdopodobieństw, z których mamy szansę czerpać.

 

Okładka książki „Ponieważ wróciłam” przemawia do czytelnika. Ukazuje wachlarz emocji, które przeżywa bohaterka. Czy miała Pani wpływ na jej ostateczny wygląd? Mówi się, że nie należy osądzać książki po okładce, ale jakie znaczenie ma tak naprawdę okładka danej książki w Pani odczuciu?

 

Nie inspirowałam autorki grafiki i tym bardziej cieszę się, ponieważ jest (znowu!) trafiona. Bo choć w książce najważniejsza jest treść, to jednak dobrze jeśli okładka nieco uchyla jej rąbka. Tym bardziej dziś, w czasach triumfalnego powrotu kultury obrazkowej. Żyjąc w rytmie dwudziestego pierwszego wieku, po prostu nie sposób pochylić się z powagą nad każdą księgarnianą propozycją. Decydujemy impulsowo – po tytule, autorze i… obrazku na okładce. Całkiem prywatnie – nie lubię, gdy okładki „kłamią”. Biorąc książkę do ręki, chcę wyczytać ze stylu, w jakim została zilustrowana, choćby klimat wnętrza. Pani Annie, która projektowała okładki obydwu moich powieści można zawierzyć w stu procentach :)

 

Plany na kolejną powieść?

 

Jeśli chodzi o pisanie, wolę już niczego nie planować! Cóż z tego, że sobie zaplanowałam – po książce osadzonej w realiach wojennych napiszę współczesny kryminał. Nawet go napoczęłam, mam wymyśloną całość intrygi. I co? Przyplątał się do mnie anioł… Teraz z kolei chciałam spisać opowiadania, które też domagają się przelania na papier. Usiadłam do pisania. Jedno, drugie, trzecie. Trzecie rozrosło się tak bardzo, że już stało się powieścią, choć brak mu jeszcze ponad połowy tekstu :) Poważniejąc – gdy skończę książkę, którą piszę aktualnie, wydam ją bądź schowam do szuflady (jeszcze tego nie wiem), zamierzam sfabularyzować pewną rodzinną tajemnicę. Wrócę tym samym do pierwszej połowy dwudziestego wieku, choć zarzekałam się, że nigdy więcej. Lecz cóż robić, gdy ma się ciotkę, która z dnia na dzień zapomniała ojczystej mowy?

« Starsze wpisy