„Bo książkę najlepiej zaczynać jesienią…”.
Widząc w tytule słowo „miłość” czytelnicy spodziewają się romantycznej historii. Nieco ckliwej, może trochę trudnej, ale z happy endem. W „Miłości pod koniec świata” tak nie jest…
Różne bywają oblicza miłości, a związki miewają rozmaity przebieg, nie zawsze szczęśliwy. Pomysł tej książki narodził się jesienią 2012 roku. Siedziałem nad planami innej powieści, której akcja miała się rozwijać w latach 80. Był już nawet tytuł – „U schyłku lata”. Pod koniec października spadł śnieg, a potem przyszedł długi ciepły listopad. Właśnie wróciłem z wyjazdu w okolice Skierbieszowa, gdy media usiłowały ośmieszyć lub zatuszować informację, że eksperci być może znaleźli we wraku ślady trotylu bądź nitrogliceryny. A ja pomyślałem, że chcę wreszcie napisać książkę o miłości. I z połączenia tych trzech elementów – reakcji na zakłamanie, zachwytu nad pięknem doliny Wolicy i tęsknoty za napisaniem romansu – narodziła się ta powieść. Przeczytałem wtedy „Prawiek” Olgi Tokarczuk, gdzie znalazłem sztywny podział na kobiety i mężczyzn, dwa nieprzeniknione światy, przy czym prawdziwe problemy mają tam tylko kobiety, i pomyślałem, że to nieprawda, że przecież można pokazać, jak uczucia mężczyzny i kobiety odbijają się nawzajem niczym w lustrze. Długo pisałem tę książkę, były liczne przerwy, z początku brakowało mi pomysłu na zakończenie, on przyszedł później.
Sposób przekazania silnych emocji w tej książce jest trudny do opisania. Pokuszę się o porównanie do bomby z lontem stojącej z dala od ognia, choć w jego zasięgu. Jedna mała iskra wystarczy, by powstał wybuch. W „Miłości pod koniec świata” właśnie tak jest, akcja się toczy, rzeczy się dzieją, czytelnik układa sobie wszystko w głowie i nagle następuje „bum!” A po tym „bum!” trudno się pozbierać…
Dla dobra czytelników nie zdradzajmy, na czym to „bum!” polega. Anna – w miarę swoich skromnych możliwości – walczy ze złem, Bernard się poddaje. Chciałem napisać po prostu zwykły romans, lecz osadzając akcję w dzisiejszej Polsce, nie mogłem uciec przed problemami, które nas gnębią. Czułem wtedy silną presję ze strony złych, szkodliwych idei. Gdy obserwowałem ludzi, widziałem, jak bardzo są zdezorientowani, choć na pozór okres ten miał wyraźne cechy „małej stabilizacji”. Dałem temu wyraz w książce i to dlatego wyszło mi coś więcej niż tylko romans. „Miłość…” to powieść o dezorientacji i zagubieniu, biorących się z zakłamania w przestrzeni międzyludzkiej. Anna jest dziennikarką, lecz także matką i żoną, poważnie traktuje swoje zadanie, żyje jednak w świecie, który znamy. A przy tym zwala się na jej głowę zbyt dużo problemów naraz…
„Miłość pod koniec świata” to powieść subtelna i mocna zarazem. Autor wykazał się solidnymi pokładami wrażliwości…
Chce mnie pani zapytać, jak to możliwe? Cóż, zdarza się to nawet facetom. Po lekturze „Anny Kareniny” byłem ciekaw, czy uda mi się stworzyć kobiecą postać, która mogłaby zyskać sympatię czytelników. Moja Anna zawdzięcza Tołstojowi imię i ciemne włosy, poza tym już chyba nic więcej. Bohaterka „Studni”, Grażyna, nie wzbudzała ciepłych uczuć, dla niektórych okazała się wręcz odstręczająca. Natalia z powieści „Pomiędzy”, która wyjdzie w tym roku, wydaje mi się dużo sympatyczniejsza, ale zobaczymy, jak ocenią to czytelnicy. Powieść subtelna i mocna? Ładne określenie, dziękuję. Może jest po prostu tak, że ta moc bierze się z nagromadzenia subtelności, różnych szczegółów…
Co Pana urzeka w Zamojszczyźnie, jej nieznanych, a może zapomnianych albo jeszcze nieodkrytych zakątkach?
Pagórkowaty teren, pokryty patchworkiem pól i łąk, irokezy traw na miedzach, roślinność ukraińskich stepów, dzikość głębokich jarów i wąwozów, którą dostrzegł i przetworzył literacko Sienkiewicz, kiedy bawił u Czachórskiego w Grabowczyku, błąkał się z dubeltówką po polach i szkicował „Niewolę tatarską”. Mówi się, że tutejsze jary są scenerią miejsca, gdzie Horpyna więziła kniaziównę Helenę. Malarstwo Władysława Czachórskiego to osobny temat, miałem nawet pomysł, żeby jeden z jego portretów kobiecych (był wspaniałym portrecistą kobiet) umieścić na okładce mojej książki.
Czym jest dla Pana pisanie książek, kreowanie świata bohaterów i zdarzeń?
Miało być ono próbą zatrzymania czasu, ale to się oczywiście nie udało. Pisanie jest dawaniem świadectwa, sposobem szukania sensu, próbą zapisu kawałeczka świata, który mnie otacza, radością tworzenia czegoś z niczego, jest w końcu możliwością wypowiedzenia swoich poglądów. Tak się też stało w „Miłości…”, gdzie powiedziałem, co myślę o współczesnym dziennikarstwie w Polsce. W pisaniu fascynujące jest kreowanie postaci, tworzę je od zera, nie wzorując się na znanych mi osobach. Jeśli czasem któryś z moich bohaterów ma coś z żywego człowieka, to tylko nieunikniony przypadek. Czym jeszcze jest pisanie? Jest… wszystkim.
Czy pisarstwo może być sposobem na życie? Zawód czy pasja?
Jestem redaktorem w miesięczniku, dziennikarzem, publicystą – to moja praca zawodowa. Prozę beletrystyczną uprawiam dopiero od siedmiu lat – zacząłem dość późno i wciąż się uczę – lecz od kiedy ją piszę, proza stała się ważna w moim życiu, może coraz ważniejsza. Dla beletrystyki porzuciłem pisanie o muzyce, choć jest ona obecna w każdej mojej książce. Coś trzeba wybrać, jeśli nie ma się drygu do łapania wielu srok za ogon.
Jakie książki lubi Pan czytać? (gatunek, konkretny pisarz?)
Czytam rzeczy bardzo różne. Może ciekawsze będzie, gdy powiem, co czytałem wtedy gdy powstawała „Miłość…”. W pierwszym rozdziale jest mowa o „Przeprawie” Cormaca McCarthy’ego – czyta ją Bernard i ja ją wtedy czytałem. McCarthy uzyskuje gęstość poprzez opis czynności, a nie opis szczegółów myślenia i przeżywania, jak to jest u mnie. Do Księgi Hioba wróciłem celowo, bo mi się przez chwilę wydawało, że Bernard powtarza Hiobową drogę i chciałem to sprawdzić. Czytałem wtedy jeszcze wyprane z psychologii „Włoskie szpilki” Tulli, książkę, którą trzeba podziwiać. Nie lubię w niej natomiast obrazu wspólnoty jako osaczającej, złej i nieczułej. Czytałem „Zbyt wiele szczęścia” Alice Munro (szczególnie świetne jest pierwsze opowiadanie!), sprytnie złożoną powieść „Boiduda” Jakuba Lubelskiego, kapitalny „Dom ciszy” Orhana Pamuka, irytujący, lecz pełen smaczków „Pokój Jakuba” Wirginii Woolf, świetne „Nazwy” DeLillo i rozczarowujące, choć miejscami godne podziwu „Ślady krwi” Jana Polkowskiego. Czytałem Rylskiego, Myśliwskiego, Kunderę, Krasznahorkaia i „Hajs” Jacka Bieruta. Czy to się układa w jakiś wzór? – proszę ocenić.
Czy jest gatunek literacki, po który sięga Pan niechętnie albo nigdy?
Jako czytelnik? Nie lubię groteski, która opanowała sporą połać prozy współczesnej w Polsce. Często brak temu pisarstwu wartości poznawczych, uprawiają je autorzy, którzy wszystko wiedzą z góry. Banał i efekciarstwo. Swojej niechęci do takiej literatury dałem wyraz w powieści satyrycznej „Cover”. Okazała się ona jednak niecenzuralna i leży niewydana. Jej fragmencik zamieszczam na blogu.
Jako pisarz nie próbowałem się dotąd zmierzyć z powieścią fantastyczną, a był czas, że uwielbiałem czytać SF – Lema, Dicka, Strugackich itd. Ale nic straconego. Mam w planach dystopię pod roboczym tytułem „Obca”. Nie jest to pomysł na obnażenie, czym się kończy utopia polityczna, społeczna czy fundamentalizm religijny. Chciałbym pokazać, do czego prowadzi liberalny egoizm, dążenie do przyjemności za wszelką cenę, po trupach, a więc będzie to rodzaj dystopii obyczajowej.
Dalsze plany? Praca nad kolejną książką?
W tej chwili piszę powieść „Pięciu”, w której piątka przyjaciół, ludzi w średnim wieku, ulega presji o charakterze politycznym. Reagują na nią konformistycznie, asekurancko, a ja się przyglądam, jak oni przed sobą tłumaczą własne postawy. Jest to rzecz niepokojąca, dotyka nas wszystkich. Gdyby mi się udało skończyć tę książkę do lata, miałbym spokojne wakacje.
Mam pomysł na romans, nawet cykl romansowy. Mam dużo pomysłów. Dziś jeszcze nie wiem, który projekt podejmę na jesieni. Bo książkę najlepiej zaczynać jesienią.








